Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik mistrza gry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik mistrza gry. Pokaż wszystkie posty

Faust podpisujący własną krwią wniosek o urlop.

Lato jest takie zdradliwe. Powietrze robi się przeźroczyste, tak że światło defloruje wszystko. Zjada cały widok, mieli go i wypluwa pojedyncze przedmioty pozbawione jakiejkolwiek głębi. Pozostaje coraz krótsze życie uwięzione na małych dystansach i pseudodysonansach. Higiena, zdrowie i nieprzytomny spokój. Dopiero w środku lata wstajesz z poobiedniej drzemki jak rażony obuchem. Rozglądasz się i już wiesz, że wszyscy spierdolili do innych wymiarów, korzystając z opcji last minute. Znów oszukał cię sezon. Teraz będziesz się staczać aż do zimy z zombim crescendo gdzieś około pozłacanej jesieni życia. Tak rodzi się nowa religia. Samoprzylepne objawienia znajdowane na lodówce. Lista spraw i rachunków za światło.

Mamy piękny letni dzień 12 lipca 2012. Światełko w tunelu aerodynamicznym napierdala po oczach. Powiedz, że to nie sen, ale tak abym miał jakąkolwiek szansę w to uwierzyć.

Raport z oblężonych twierdzeń



U mnie dobrze. Uciekam już trzecim ciałem z rzędu i nie szukam rewanżu. Rzadko łapię gorączkę. Infekcje górnych dróg oddechowych nastrajają duszną awersją do ośrodków decyzyjnych, co przypłacam nieudacznym rozstrojem żołądka i rozstrojeniem bojaźni. Unikam zbiorowiska. Jak nie masz pełno w kieszeni, to możesz mieć pełno w głowie, ale przeważnie masz przy tym pełno w gaciach. Widzę to, ale tak odchowany przez przyjaciół (z matką małpą i sobą naczelnym na czele) przyjmuję i przejmuję się (bo chcę chcieć, ile tylko jestem w stanie znieść i ile jestem tu). Osobiście w dowodzie patrzę na co dzień, przed dniem wypatruję, co mi pisane na dzisiejsze nigdy. Te całe zoo, które mam na składzie, kości pamięci rzucone na trupioblady cyferblat. Uczta w poprzek głodu, usta w poprzek rodu. Żółć przelewana w odwłoku i świat się przelewa. Lepka kępka humanoidów: powłoki bezbarwne, lustra skarg. Marszem sunące wloką się odnóża: gdzieżeś jam jest i który? Jaki? Jaka? Jakie?

U mnie jest dobrze. Zbilansowana dieta i antydepresanty nie pozwalają pisać zbyt długich, pretensjonalnych tekstów, ale wtedy myślę o tobie i w efekcie nie mam z tym większych problemów. Otóż oni są wszędzie. Spacerują. Czuć wręcz jak podchodzą do gardła, już po sekundzie osiągając dziurki w nosie. Co prawda telewizja wciąż kłamie, ale robi to już w sposób rzetelny i dość elegancki. Ludzie bywają życzliwi, lecz zadufani w nieufności. Udajemy, że się nie znamy. Wychodzi nam to nadzwyczajnie dobrze.

U mnie jest ok. Bełkot toczących się wewnętrznych biologicznych wojen przyćmiewa kolejne sukcesy plutokracji pozaparlamentarnej. Wielkie łapska obrastają glebę ust, co przesądza o ewolucji naszych przemilczeń i zaniemówień. To rewolucja – mówią w radio – tak jakby zupełnie nic się nie działo. Tylko wyjdź na miasto, na chodnik. Wszyscy już tam są i czekają po drugiej stronie szyby i dnia. Łap, chwytaj cień, bo trzeba nam biec do zmęczenia, do przytomności. W kraju rad i żądz, stu lat i stu słońc – sflaczałe pochody z pracy do domu, impresje pulchnych mózgów w świeckie obyczaje nam tu trzeba wtłaczać… i dalej żyć z tym jakoś.

ba Bilon czyli syzyfowa płaca


Biada nam, wierzycielom, których medialne koncerny strąciły do pstrokatego Szeolu! Martwi się żywią, żywi się martwią. Martwi dla żywych, żywi dla martwych. Biada nam, szczęśliwcom, którzy dumnie toczymy swe kulki kału, pędząc za bimbrem, rozbebeszając podprogową samotność w hipnotycznie rozkołysaną melorecytację sit-comowych dialogów. Ekstatyczna pustka wypróżnia się w nasze spracowane dłonie oraz sprasowane w ambicje marzenia i podkasuje przemoczone od przelewów rękawy. Nasza znajomość schematów, rozzuta z wyrzutów buta wypełnianych pięciolatek, jak kamień z serca zataczający się pod górę – oto wdzięczna i szczytna syzygia naszych szczytnych walkowerów. Nikt już na tym zamaskowanym balu nie zrobi nas w balona, gdy każdy sprężysty krok uruchamia całą uduchowioną feerię brzęków. Uderz w nas, a bilon się odezwie.

Symulacja zaangażowania w eksplorację technik modulacyjnych paradygmatu istnienia okazuje się jedynie kolejną eksploatacją przebrzmiałych kolein drugoplanowych ról rozpuszczonych w wodnistym roztworze kariery. W końcu ów zuchwała świadomość podejmowania decyzji w żaden sposób nie wpływa na podejmowane działania, jest ledwie tajnym raportem – do wglądu dla potencjalnych inwestorów – z toczących się współcześnie dyskursów; kto prędzej to poskłada do kupy, ten szybciej wdrapie się na szczyt kolejnego uniesienia. A potem znów się stoczy w pogodne oczekiwanie na ponowny napływ kapitału przetykany leniwą konsumpcją dóbr materialnych i duchowych.

Baal Anonim, Dwustronna autostymulacja ogólnorozwojowego cyklu miesiączkowego. Zagrożenia i nadzieje

Ps 22:16-19


Pokazowy proces życiowy trwa i będzie nadal trwać tak w najlepsze. Spektakl,  którego nie wypada opuszczać. Nasz własny pogrzeb on-line. Krwawa wizytacja niebios – w nasze martwe, wymyte odwłoki wtłaczani niechciani ludzie, następnie wtłaczane niechciane zdarzenia, następnie wtłaczane niechciane słowa. A więc pielęgnujmy ten ból podczas emisji dwutlenku węgla, następnie podczas emisji papierów wartościowych, i wreszcie –  podczas emisji „M jak miłość”. Albo idź tam i im wszystkim powiedz, że my też tak potrafimy być szczęśliwi. I że bardzo się staramy...
Minuta po sekundzie kontrolujemy nasze cielesne wewnętrzne narody, subkultury bakterii i mini-cywilizacje śmierci. Nosimy się z sobą jak z ciążą urojoną. Zbieramy dowcipy, uczymy się ładnie odzywać i zachowywać – kiedyś komuś coś tam pokażemy. Dufni, robimy z siebie niezawinionych durni i dumni odbieramy potem za to zasłużone profity. Naszym błędem jest jednak nie wkalkulowana w pogodną bezczynność pleśń czynności życiowych odłożonych na później. To między myślą a działaniem kwitnie mur organów i gruczołów dokrewnych. To kilka skundlonych chwil. To jak ucieczka z pędzącego miasta: postacie czwórkami suną ku legowisku, wszyscy kostnieją a na wieczór przed snem –  upojenie. Pogubiona postać bezładnie szyk zatacza. Nikt nie widzi odpadających gwiazd.

Jeśli jest kilka dróg wypracowanych przez środki masowego ukazu, to może niepotrzebnie mamy odmienne imiona i nazwiska? W końcu i tak wszyscy dążymy do jednego. Drogi osiągania celu gwarantują swoim podopiecznym, że na końcu tunelu jest iskra światła. Podobno mamy jeszcze szansę na przełamanie ciemności, ale nie o tym piszą gazety, i nie o tym rozmawiają politycy. My również nie. Bo jeśli te wszystkie ścieżki opatrzności służą tylko minimalizacji lęku wywołanego przez groźbę cierpienia i cierpienia wywołanego groźbą lęku, to poczekalnia staje się salą operacyjną. Doktor przyjmuje pojedynczo, ale robi to dosyć wolno, tak wolno, że życia nie starcza, aby być opatrzonym. Kolejka idzie do przodu i czasem można załapać się na miejsca siedzące, ale wtedy zawsze po chwili trzeba iść dalej. Nic nigdy do nas nie wraca.
Przede wszystkim więc musimy czekać. Wszystko, co ujrzy światło dzienne i ukaże się twoim oczom, jest dobre. Nie wychodź z domu, ani nie podejmuj akcji, które nie są absolutnie konieczne. Działania, które poprawiają twoją pozycję, zaokrąglają kontury są z natury potrzebne i wskazane. Wszystko masz pod nosem, lecz nie pod ręką. Nie wzbudzaj sensacji ani paniki. Jedyne co musisz zrobić, to pogodzić się z tym, że masz wszystko... i wszystkiego dość.
Pamiętaj także, że to nie serce bije dla ciebie, ale ty bijesz krwią w serce. Nie  ty wdychasz powietrze, ale powietrze wdycha ciebie przez płuca. Nie ty ruszasz kończynami, ale kończyny ruszają tobą. Nie ucho słyszy dla ciebie, ale ty dla ucha słyszysz siebie. I nie oko widzi dla ciebie, ale ty dla oka. Bo jest serce serc, które czasem uderza do mózgu i jest płuco płuc co przetacza dni przez kalendarz. I jest ucho uszu co słyszy twój słuch i jest oko oczu co widzi twój wzrok.

Ps 39:14


Całe to zasypianie i dobudzanie się do żywego mięsa, te pełne cynizmu sztuczki mnemotechnicznego zapominania siebie i uciekania się potem do sztucznej ostateczności wypominania sobie nieumyślnych przewin, nie są dobrym materiałem na udany i zasłużony sen, ale jak na codzienne dzisiaj, to jak najbardziej wystarczy.
A z dołu patrzeć na to, to może i nieciekawie wygląda, ale już przy wykwintnym obiedzie obgadać sprawę dokumentnie, od A do Z, to można i zawsze, dzień albo cały październik tak przegadać – jak kupkę nawozu, gdy śniegi opadną – po wszystkim. Przypodobywać się takim rozmowom, niby nieostrożnie potem powtórzyć o tym w wywiadzie i tony listów odbierać. Życie robi się samo, jak, o ile potrzeba. Na kolorowych karteczkach przylepianych do lodówki wypisywać, kim jest się i wczytywać się w to codziennie, powtarzając w myślach, by potem na wyrywki odpowiadać. Tak trzeba, zwłaszcza gdy wszystko ucieka. Dziś jak pociąg z bagażem wspomnień. Tam znajomi w kręgu, tam sobotnia impreza i przesympatyczny ból głowy nad ranem. Ból, który pozwala żyć. W czasie gdy ogląda się widokówki od siebie samego z różnych stron świata, słyszeć, jak na chodniku dzieciaki bawią się w berka i śnić o podmorskich wyprawach... Powoli dochodzić głodem do małej kawiarenki na końcu bocznej uliczki, gdzie wszystkie dzienniki są wiecznie aktualne. Siadać tak sobie wtedy w kącie i szlifować wykałaczką zęby trzonowe, które jak zawsze zbyt gęsto narastają, więc ich czyszczenie pożera dużo czasu. A czas to czas ponoć: czasem pozwala utonąć.
Zrodzone w nudzie, wiecznie nieudokumentowane odpowiednimi papierami. Oni, my, obmowy i odmowy odnowy, słowem: ty i ja i egzystencja zwierząt x-kopytnych na sawannie pełnej koczujących termitów, próbujących się dostać do nieba przez rzetelną i uczciwą pracę (jeśli chcesz być tam przed nimi:  zamów! zadzwoń! spray do zmylenia widzącego boga, by nie dostrzegł, że właśnie przekraczasz dozwoloną prędkość, wystarczy popsikać sobie twarz i opuszki palców i cierpliwie oczekiwać jutra).
Tylko nie rób nic głupiego. Poczekaj, a ukażą ci w pełnym blasku i lifting i tenis i ostrygi. Przynajmniej zasmakuj. Niech tą bezkształtną bryłę szlamu wnet rozkrzeszą kurze łapki, obrzmiałe wałki cellulitu i całe taneczne korowody zatroskanych ministrów zdrowia i opieki społecznej, albo hulaszcza martyrologia jednego z zasłużonych padlinożerców. Aż do momentu, gdy ktoś z boku, zupełnie nieporadnie i niepotrzebnie, mógłby wypowiedzieć: „mission complete”. Ale komu by się chciało? Oto znów przed Tobą chwilo trwaj, chwilo trwaj. Właśnie podano zakąski. Jest weekend, albo będzie. Na każdym rogu ulicy napotykasz wszystko, czego serce i dusza (w końcu) zapragnie.
 Nie twoja dusza i nie twoje serce.

Chciałbym być tak ograniczony, by nie dostrzegać swych ograniczeń. Chciałbym nie myśleć bezustannie o swojej bezmyślności.

W tych czasach przejętych, gdy mróz czyści kamienne ulice z tłustego zawilgocenia, nikt i nic – mityczna para kochanków – stołuje się w pobliskich barach dając sowite napiwki rozklekotanym kelnerkom. Jest przeciętna zima i w neuroparlamencie zwykłych spraw, co rusz kolejne resorty zapadają w dogmatyczną drzemkę na ciemniejące miesiące. Sezon skończył się. Na rynku miasta pozostaje tylko tlące się nieme ognisko i okoliczni skundleni mieszańcy podchodzą nieśmiało, nagabują w związku z rachunkami za świat i opierunek. Czasem lufcik w niebie uchyla się, wychodzi słońce i wszyscy namawiają mnie do przeprowadzki w nowe lepsze wymiary. Przychodzą różne twarze, opowiadają o podmorskich wyprawach. Zbliża się spokojny wieczór. Muzyka spoconych dusz i karnawałowa feeria barw tuż za pasem, a ja znów chowam się z kagankiem w piwnicy, choć doskonale wiem, że pulsowanie bigbitów i tam dojdzie, wraz ze śmiechem ciał… i historii śmiechem.

Sylabizuję litania niestworzonych histerii do równie niestworzonych bóstw, i proszę siebie:
nie dochodź już do siebie – to daleko dalej jak do mnie.

dopisek na marginesie Dnia świstaka

1
Nie ruszaj się. Nie rozpraszaj energii. Albo włącz telewizor – mały akt dobrej woli (mały krok człowieka duży krok ludzkości).

2
Rzeczywistość jest smutna, a my potrzebujemy rozrywki. Życie jest ciężkie, a my potrzebujemy rozrywki. Rzeczywistość jest straszna, a my potrzebujemy rozrywki. Życie jest szare, a my potrzebujemy rozrywki.

3
...i tak nasze miasta nadal są nadal puste. By odnaleźć jakieś życie, trzeba zatrzymywać pojazdy i szukać z alkomatem pijanych kierowców, gazem łzawiącym wodzić za nos i prowokować srające psy po trawnikach, rozdawać za bezcen słońce dzieciom, na własną rękę biegać ze strzykawką po dworcu, śmierdzieć sikami w zatłoczonym autobusie i ustępować nastolatkom miejsca, modlić się w świątyni z walkmanem na uszach...

4
Zdefiniuj mnie Boże w krystalicznie czystych aksjomatach, wymyj mnie do czysta, i włącz, i ustaw mnie, tak jak ustawia się pralkę, jak samochód-cysternę – na coś więcej niż tylko jałowy bieg. Nie wybieg a rozbieg, zeskok, nie odskocznię mi stwórz, na tej ziemi pod tym niebem z obwisłymi wymionami nimbostratusów.


5
Nie ma czasu na czas:
Jesteśmy wiecznie opóźnieni. Ludzki mózg pracuje w częstotliwości ok. 50Hz, dokładnie taką samą, jaką ma u nas prąd w swoich przytulnych gniazdkach elektrycznych. Oznacza to, że każdy bodziec, każda nowa myśl formułuje się w interwałach 0,02 sekundy. Nie można więc powiedzieć, aby nasza świadomość była czymś ciągłym. Nasza świadomość jest pulsem, przebiegiem piłokształtnym, oscylacją, nieustanną odpowiedzią na warunki zewnętrzne. Nieustanną pracą, wysiłkiem, by nadążyć za sobą. Opóźnieni o okamgnienie, 0,02 sekundy, jesteśmy zawsze 2 kroki w tyle, widzimy tylko własne plecy. Plecy, które były tu przed chwilą, a których już nie ma i każdym spojrzeniem, musimy sobie wszystko przypominać powtórnie. Upewniać się, sprawdzać. Mnemotechnika, oto zapomniana sztuka, niejednemu ona życie uratowała, a na pewno wszystkim – zapewniła.

Sprzedaż detaliczna


Wiedziałaś, że już wszystko stracone całe wieki temu, jakby nagle wieko od trumny zatrzasnęło się głuchym i przeciągłym jękiem nad trzeźwiejącym listonoszem. To było wtedy, gdy wszystko stanęło ci na głowie po ślamazarnej wspinaczce. Pomyśleć, że drgnienie powieki wcześniej, śmiałaś się z tej nieudolności, w każdym momencie czułaś, że jednym splunięciem zrzucisz to z siebie jak zbłąkanego liścia z kapelusza. Myliłaś się, po prostu wzięli cię na przetrzymanie. Dałaś się pogrzebać w sierści zwierząt domowych, dałaś się wciągnąć jak kurz w rurę odkurzacza.

Chciałbym to kiedyś zatrzymać. Tak żeby słońce stanęło na godzinie 11:40 i nic nie robiło. Chciałbym zapomnieć o Tobie, na chwilkę zapomnieć, po to by móc się zastanowić, czy chcę to jeszcze pamiętać. To jest obłe, męczy mnie strasznie, każdy szczegół, kant stołu, wszystko to wrzyna się we mnie. Na mieście jest duszno, wszystkie ich oczy albo pożerają mnie, albo skazują na śmierć – zaocznie. Oni nas więżą, oni nas wiążą obietnicami, trzymają nas wiarą przy życiu, nawet nie udają, że to się kiedyś uspokoi, Będziemy tak gonić za nimi do końca. Albo uciekać.

Nie pozwalają mi mówić. Zakazali używać tych słów, tych słów nawet już nie ma. Może nigdy ich nie było? Nie umiem ich wypowiedzieć, ani pomyśleć. Błąkam się. Nie możesz tak być, ja nie chcę być tutaj, mam tu zupełną przepaść, mam tu zupełną obcość, niczyją. Niczego z tego nie rozumiem, umiem tylko to powtórzyć, tak jak się powtarza klasę, to tylko się dzieje, i jest to daleko, dalej, niż potrafię zrozumieć i jak mówię, to tak jakbym spadał do ciebie. A nie chcę nigdzie spadać. Boję się.

Wiedziałaś, że już wszystko stracone całe wieki temu. Miałaś się z tym uporać, a tylko się parasz. Twoje czyszczenie brudzi. Twoje słowa są głuche. Dawno zapomniałaś, gdzie chciałaś iść. Ale teraz wiesz już, że to wszystko jedno. Jesteś jedną z nas. Wszyscy w końcu będą.





Każdy nawet najdrobniejszy ruch czy gest skierowany w przestrzeń międzyludzkich splątań nie jest ani dla mnie ani dla ciebie; choć chcielibyśmy. Choć chcielibyśmy chcieć prze- i wistaczać się w siebie, pod warunkiem zachowanych naturalnych wybiegów rzeczy i o nich naturalnych odruchów pamięci długotrwałej, choć zupełnie tymczasowej.

Nie jestem w stanie o sobie myśleć (bez przerwy, bez przygotowania, bezpiecznie) – a co dopiero o innych.. tak trudno wytrwać w tym trwaniu, tak trudno tego przetrwania nie roztrwonić na trwogę i manieryczny chichot.

W tych ciurkiem cieknących czasach, przelotnie jeszcze bywam w swoich myślach, lecz już tylko po to, by skraść z nich wszystko, co jeszcze tam pozostało, wszystko, co pozwoliłoby przeżyć kolejny dzień z minimalnymi obrażeniami na zatroskaną opinię publiczną, niczym zamtuz, gdy wszystkie wieści gminne zapamiętale puszczają się w niepamięć. Ten czas, gdy wszystko się rozbija na bezwarunkowo proste czynności – jak namiot strajkujących na kolejnej zapijaczonej arterii tego miasta (niedługo po tym ewakuuje się stąd cała tutejsza ludność).

Pamiętam, że będę tu jeszcze trochę, zawsze w złej porze, miejscu i pogodzie. Zbyt często wieją tu wiatry o ludzkich obliczach i obliczeniach, wszędzie to jest, nawet nie ma jak się ruszyć: to wszędzie może być już zajęte. Ten lęk jest ze mną od zawsze, może mną jest? Tak daleko jednak pamięć nie sięga, a znikąd nie można się tego dowiedzieć, ani obliczyć na liczbach naturalnych, choćby tych mocno nieparzystych.

Oczodoły mają własną grawitację. Wokół wzroku, na samym jego skraju, cały czas piętrzy się każdego kraju obraz, obraz odraz, który dużo mówi o sobie, o czasie i miejscu z którego przybył, lecz nigdy o nas. Powstają z tego liniowe charakterystyki widma i linie losu ludzkiego, ludzkie sprawy, ludzkie przeżycia prowadzące do śmiertelnych nadużyć. Ile nie wkładać sił, nigdy z tego nie wyciągniesz wniosków, no poza błędnymi – przeważnie to jednak wystarcza, tylko nie dziś, oby jutro.

Czy każde pytanie wyklucza poprawną odpowiedź? Po co pytać, jeśli się tego nie wie?

(Są pytania po których nie ma już żadnych odpowiedzi i są odpowiedzi po których nie ma już pytań – ani jedne ani drugie nie występują w przyrodzie, naturalnie.)

ale za to mam swoją drogę życiową mam swoje cele dzięki ale mam swoje bo mam za swoje mam marzenia jak swoje i jak znalazł oraz mam plany zamierzeń i zamierzenia planów i plamę też mam bo mam przejebane bo mam pomyślane jak to robić i mam to robić jak idzie na jutro mam chyba na rano także mam priorytety mam je w zasięgu bo mam zasięg i mam wiele mam do powiedzenia na ten temat bo mam przemyślenia mam zachcianki mam smak jakiś tam mam swoją rachubę mam 3 grosze w 5 minut więc mam już ustalenia mam i oczekiwania mam dograne i to różne mam alternatywy i mam gust i to na amen mam zaklepane że mam kontynuować postanowienie ukończenia więc mam klasę mam gówno do gadania bo mam ambicję mam dążenia lecz mam przeszkody i mam mały poślizg więc mam się starać bo już mam porobione mam zapłacić bo mam powody i mam motywację mam i to niejedną mam doskonale wykoncypowane bo mam o tym opowiedzieć ale nie wiem jak bo mam zacząć ale mam wiedzieć niedługo mam wydać na kolację którą wydaje bo właśnie ją mam i podobno mam się trzymać i mam się ubrać w co mam bo mam się w co ubrać i mam spokój z głowy mam na to lekarstwo mam prerogatywy mam zaświadczenie że mam czysto u siebie bo mam tylko siebie i pod boki mam wziąć się na bakier mam i eksperymenty mam ale małe i mam to wyjaśnić ale nie mam na nic nie mam nic przeciwko skoro mam pozamiatane bo i sklep pod nosem i ręcznik pod ręką to mam pasje i to niemal wszystkie życiowe mam ale nie powiem bo nie wiem czy mam kogoś bo mam coś do niego i od niego też bo mam problem i jeszcze do tego już rozwiązany mam sznurek po którym jakbym chodził bo mam trochę w butach a jeszcze więcej będę miał w sercu na dnie bo mam serce i uczucia swoje mam ci los i przeznaczenie mam to coś i w oczach i też trochę na ustach mam no i trochę na sumieniu choć nie mam sumienia ale za to mam rozmienić po prostu taki charakter swoje tam jakieś własności ale nie mam na własność tylko na raty i nawet mam na zbyciu trochę


nie wiem tylko czy mam to wszystko

powtórzyć

A teraz byt się państwu przedstawi

Spośród wszystkich znajomych mi form stawania stawianie się jest najbardziej żałosne. Osaczony przez słowa mogę tylko mówić o tym, myśleć o tym i tym samym jeszcze bardziej pogarszać swoje położenie. Sytuacja w jakiej mnie postawiono. Świat, jaki mi przekazano. Ten świat dawno już zniknął, wiesz co, rozpuścił się jak metal w rdzy, jak mgła w mgławicy, jak wesz w Warszawie.

Kiedy prawdziwe poznanie jest raczej przesądem, sąd zaś przynależy już do sfery sensu, określać coś, znaczy tym czymś zawładnąć. Tak właśnie rozpuściłaś świat cały jak włosy. Bawić się czymś w najlepsze, tym przyjemniej, że długo tu nie zabawisz, prawda? Odnosząc się potem do tego, człowiek, który sam nie jest, zastaje siebie w czymś zupełnie obcym, w obcych słowach, literaturze, sztuce, wszędzie, tylko nie tam, gdzie mógłby zostać na dłużej. Dali ci to słowo, te przykazania, tak jak daje się w pysk gderliwym obwiesiom i szybko się ucieka zanim tamci się pozbierają.

Bo przedwczoraj był jeszcze taki świat, w którym spotykało się ludzi i próbowało się tych ludzi jakoś uczepić, schwytać w pułapkę spojrzeń, w osuszone bagno drobnych przyjemności i zobowiązań. Dzisiaj ci ludzie są już tylko duchami. Odpływają sobie daleko ze swoimi rozsądnymi pomysłami, złapali bowiem wodę w usta a wiatr w żagle i tak sobie trwają za horyzontem zdarzeń, wypoczywają.

Można codziennie zmieniać wszystko w swoim życiu, bo i tak zawsze zaczyna się od nowa. Cała masa użytecznych eksperymentów na otwartym powietrzu i sercu są równie pomocne jak samopomoc. Otwierasz drzwi. Zamykasz. Siłą rzeczy przechodzisz obok tego wszystkiego. Niewiele to zmienia w życiu, z tą małą różnicą, że nie ma czegoś takiego jak „moje życie”, i okazuje się w dodatku, że nigdy było.

Bycie w sytuacji, to bycie niesionym przez tą sytuację, nieustanna próba zapchania, dopełnienia własną symulowaną świadomością tej niepokojącej wyrwy w tym zbiorniku inercji, w jakim się pluskamy. Ów bezwład uwidacznia tylko matowe, pustynne pejzaże świata zapomnianej nomadyczności. Osaczeni przez język postępujemy wciąż tą samą drogą biegnącą posłusznie we wszystkich kierunkach świata, albo świtu. No to weź i idź i powiedz sobie, że to zbyt wiele jak na jeden wieczór i dodaj tych kilka słów zwracających godność: „byt nie jest, on się stawia”.


hipoksyfilia


Czytelnictwo i myślenie to hobby numer jeden w tym stanie. W tym stanie można łazić po ulicach i przeliczać kroki na minuty czy na kilometry. Konkretne zajęcie od po, do przed. Coś, co utwierdza nas w sobie, co osłania od przesłania braku posłania. Milczenie rozkruszone na opiłki żelaza między szprychami koła fortuny zgrzyta aż ciarki po plecach idą. Święta powszednieją, dni powszechne uświęcają się. Nie ma w tym żadnej głębi, nic bardziej trywialnego od przeziębienia pęcherza.

W tym stanie umysł jest tu szczęśliwy, tylko on. Myślenie; bieganie po kanałach, kanalizowanie biegu wydarzeń. Życzeniowa ewolucja na kolejnym ślepym zaułku. Rozwiązywanie języka jak krzyżówki Jolki z Ariadą, Jedne słowa odcinają dopływ powietrza, inne – drogę ucieczki.

hobby ‹ang.› książk. „szczególne zamiłowanie do czegoś, ulubione zajęcie, któremu się poświęca wolny czas; konik, pasja”.

Już jest spoko. Oddychamy.

Różowe gówno (Z antologii mety fizycznej)


1

Miała być wiosna w naszych duszach i dupach naszych, a tu masz: obchody majowe znów zakończone porażką i reaktywną odwilżą. Nigdy przez to nie przebrniemy. Przecież całe miasto się z nas śmieje. Bardziej to chyba z ciebie, z tym, że nikt nie ma zamiaru tego pokazywać tego po sobie. Wolą po mnie. Tak jest ze wszystkim – zwłaszcza z tymi różowymi bluzeczkami, które zawsze tak mocno wkurwiają mnie w tobie. Ale co robić, bo myśleć se możemy, co nam się żywnie podoba. Wygląda na to, że jesteśmy jednak na siebie skazani, choć powinienem być może powiedzieć: „jesteśmy sobie przeznaczeni”. Zresztą chuj z tym, chuj z tymi bluzkami, chuj z narzekaniem na nie wiadomo co, chuj z marudzeniem, chuj z tym wszystkim. Grunt tylko, żebyś nie była taka odrażająca. Nie brzydka, a odrażająca. Zwłaszcza, gdy nie jestem pijany, widzę dokładnie na twojej kalekiej brudem twarzy, jak mój świat się kończy, i gdy mówię do ciebie, to już nie ja mówię, ale mówi ta podła nędza uwalanych moczem klatek schodowych i smród z mojej gęby. Bo jesteśmy razem tym smrodem, ty choćby z tą ufajdaną bluzką i przetłuszczonym włosiem, ja z tą całą flegmą, pasyjną pasywnością, tanim winem i tanimi wymówkami. Nie wiem, czy my w ogóle gdzieś jesteśmy na tym zapadłym osiedlu i nie potrafię już powiedzieć żadnemu kumplowi ‘cześć’ bez tego sztucznego grymasu, ćwiczonego patologią od czterech pokoleni wstecz. Te wszystkie psie twarze, te panoszące się suki, udające jakieś rumuńskie prostytutki z podrzędnych, pewnie bułgarskich filmów pornograficznych. To jest zbyt prawdziwe, by było prawdziwe. To jest zbyt „tam”, by mogło być jakimkolwiek „tutaj”. Czymkolwiek, co odpierdala nam ten małpi świat na naszych oczach. A wystarczy tylko pociągnąć za spłuczkę i to jakoś pójdzie. Jakoś, jakoś...

A jednak w to nie wierzę.


Chyba mam już dość tego całego teatrzyku. Te wszystkie ciągnące się za nami bezsensowne rozmowy, które nawet nie chcą przed nami udawać, że są cokolwiek istotne, że cokolwiek zmieniają naocznie na naszych twarzach. Te wszystkie przygłupie powiedzonka z jakiejś tandetnej telenoweli (jakby była jeszcze jakaś nietandetna), tematy wlokące się jak smród padliny za nami, od których nie sposób uciec, jak we śnie, gdy ktoś nas goni, gdzie wszystko jest w zwolnionym tempie. Najlepiej byłoby się zatrzymać. No niech już to pożre nas, to życie, albo co to jest.

Tak, tak, mamy piękne marzenia, ale to nie są nasze marzenia. To jak gra komputerowa ściągnięta z neta wraz crackiem i cudzym serialem. Tak, tak, wyrwiemy się stąd i będziemy mieć dzieciaki równie brzydkie i głupie, a może i jeszcze bardziej. Tak, tak, jak popracujemy nad tym, też będą się puszczać na lewo i prawo, też będą mieć wyrok w zawiasach. Tak, tak, jasne, że ukończą gimnazjum. Zdolne dzieciaki.


2

Byłem dziś z tobą dopóki nie zbrzydłaś, choć właściwie nie wiem na czym to w ogóle polega, ale boli. Boli jak cokolwiek – cokolwiek jak łazimy między słowami i wyrasta nam nasza wyłamana składnia, nasza zasmarkana miłość. Mała dróżka między naszymi krokami, a w nich czyste życie – jak morderstwo, że już nie ważne czyje jest to ciało, ale ile w nim zostało krwi. Jest nadal majowa jesień. Dni leją się strugą z ciemnych kącików ust. Śmiejemy się, że wszystko dookoła jest tylko kwestią czasu. Śmiejemy się, że to niby nie o nas. Ale śmiać to my się możemy, bo i tak jest dziwnie, czujesz to, zbyt tymczasowo, a jednocześnie zamierzchle czy prehistorycznie.

Bo to już było, mimo że wtedy miałem przynajmniej stabilną większość w twoich oczach, albo w twoich gaciach. I choć cieszysz się zawzięcie „z naszej bajki”, nawet siebie już nie potrafisz oszukać. Tak jak i ja, tak i ty dawno jesteśmy inni. Pewnie z powodu całej tej ufajdanej nieuwagi, tylko nie wiem, o co. Tak samo i cała reszta. Bo nie tylko my się stoczyliśmy z siebie, ale wszyscy ludzie, cały świat wywrócił się na drugą stronę i coś mamrocze o rachunkach krzywd i kontach oszczędnościowych. Ludzie łażący gdzieś po ulicach. Coś tam jeszcze przeżywają, coś przeżuwają, ale to koniec. Dziś już dzisiaj nie będzie. Może będzie jutro, a może jutro chuj nas to będzie obchodziło – i właśnie może o to im chodzi. Czekać tylko spikerki, jak z uśmiechem wycedzi przez zmurszałe, pokryte białą emalią zęby: „ze względów ekonomicznych Dzisiaj odwołane”. Pewnie czekają jeszcze cierpliwie na wyczerpanie asortymentu, aż pójdę spać. A potem dalej se pójdą.

Wiem, że słońce zawsze już będzie takie jak nie trzeba, że nigdy nie będzie nadawało się nawet na męczeństwo klasy C. Jedyne na co pozwala, to na prezentację mody ulicznej, robienie z siebie chuj wie czego, we wszystkich możliwie niesprzyjających okazjach. Tłumaczę sobie, że i tak trzeba to robić, żyć, przechodzić od dnia do dna świata z podświetlaną tarczą. Podobno to dziecinnie proste: kilka przyzwoitych gestów, zapamiętanych pokątnie słów, a potem się odpada. A jednak, skazany na epicentrum dobrze widzę, że to nie świat puszcza mi oczko, ale że jest zupełnie odwrotnie. Stoję więc jak idiota przed twoją klatką i martwię się, że przyjdziesz, podczas gdy nawet po Ciebie nie zadzwoniłem. Przede mną ciągle ta sama ponura szczelina w prującej się materii przez którą nic nie przeziera prócz świata. W tle tylko bawiące się automatycznie dzieci i parkujące auta. Czy to coś zmieni, jak się dziś nie zobaczymy? Czy ktoś to zanotuje? Przecież i tak wszystko jest prze-czuwaniem spotkań: najpierw się jest, potem też, na końcu to samo. Czy pamięć ostatniego spotkania nie podtrzyma naszych rozmydlonych istnień?

Położenie bowiem nie jest ani oczywiste, ani odpowiednie. Można łazić godzinami po tych ulicach, bo ja wiem, ile, ale i tak zawsze się będzie tym samym martwym punktem wyjścia: skądinąd donikąd. Wpatrywać się pusto w fakturę chodnika wynajdywać tam jakieś krótkowzroczne półsensy, unikać nadeptywania na wszelkie załamania i pęknięcia, iść co drugą płytę, co trzecią, nie spadać z krawężników, lub skręcać tylko pod kątem prostym, no kurwa, co jeszcze... Ta czcza bieganina zakrawająca na rozpaczliwą bigamię zasad i reguł, nie jest dobrą materią, nie jest żadną materią na jakąkolwiek „prawdę”. Ale jak tylko na jeden jedyny dzień sprawa idzie gładko: nadrukiem na zewnątrz, pomrukiem do środka. A potem co? Z powrotem na powietrze? Aż pod noc, po sam jej kres? Nawet jeśli księżyc także nie jest do niczego pomocny, by coś z nim zrobić? Nie ma co kusić się na te noce spadziste, na te pochyłe równania z "n" powiadomieniami z domów domniemań i oniemień. Łatwo powiedzieć, że wystarczy popatrzyć lasce głęboko w oczy, chwycić powietrze i niechcąco wypluć "czyżby?", a reszta zrobi się sama, jak, o ile, jest to możliwe. Przecież myśleć znaczy wytykać coś, tak jak zegar nas wytyka swymi kościstymi palcami, tak i my powinniśmy my to robić. Przerzucać odpowiedzialność na innych, by to oni nam odpowiadali, nie my im. Opóźniać demaskację, która przecież jeszcze bardziej zdemaskuje drugą stronę, jako naiwna ofiarę. Zresztą potem to i tak nie będzie miało większego znaczenia – kogo to będzie obchodziło? Dojrzeje się, odpadnie. To proste

.


3

Czasem próbuję jednak coś zrobić. Może można byłoby to odkręcić, wrócić, do tamtych początkowych chwil, gdy wszystko było przed nami. Powtarzam sobie, że samymi oczami jesteś piękna, że tylko są te oczy, czyste spojrzenie i tyle. Nic z tego, twoja twarz to niezatarte piętno, zawsze to dochodzi do mózgu. A tam jesteś już dawno skończona. Wszyscy jesteśmy. Więc nawet nie wiem, jak mam udawać, że cię kocham i za co. Choć wierzę w miłość jak w dogmat, jak w respekt wśród kumpli, że to jest coś, co pozwala żyć, coś, co trzeba robić, jak mycie zębów i narządów rodnych. Ale wszyscy wiedzą, że to koniec wszystkiego i że to zaczęło się ode mnie. Cały świat wymiera przeze mnie i nawet kumple skazują mnie zaocznie na niczym nieokreśloną banicję. Nawet oni. Co dopiero całe miasto? Nic tu po tobie, mówią, nic przed tobą.


* * *

Prazasada: lampy uliczne wyszywane tanim świecącym brokatem tłumią kolejne powstania. Szyk zwyczajny zszyty w zeszyty. Afekt modulowany – efekt gwarantowany; kontrola parzystości kroków, pobieżna akomodacja żywiołów, rozmieść ikony: autorozmieszczanie.


* * *



1.
Naszemu ojcu trzeszczą oczy, jednak najbardziej rdzawo rzęzi mu szczęka. Zachodzimy głową i myślą, dniem i nocą, jak naoliwić mu ten wadliwy osprzęt w sposób dlań niewidoczny; i choć ojciec je jeszcze spokojnie, chyba jednak przeczuwa najgorsze, ale za to najlepiej jak potrafi. Pokarm miarowo płynie po wybrukowanej żelaznymi opiłkami drodze mlecznej. Z tych dwóch komplementarnych szczotek – niejako w cynicznej odpowiedzi na nie zadane przez nikogo pytanie – spływają na nas odgłosy przeciągłego mlaskania, które wnet trafiają na podatny grunt ucha. Przylega to natychmiast do wilgotnej ściółki błony bębenkowej, zaczyna kiełkować – zależnie od podłoża – dając plon dwu, pięcio czy dziesięciokrotny. Tak oto ojciec wzrasta w naszych oczach pod egidą pląsającyh drobnoustrojów. Ale wierność bierności zagląda mu do oczu. Trzeba stwierdzić bezmyślnie, że ojciec je wszystko, co własne ręce podsadzą mu do ust. Często widzimy, jak zmarszczona plandeka zasuwa się na klawisze zębów i jak kolejne połacie fauny i flory znikają bezpowrotnie w cuchnącej otchłani.

Są poranki o których niewiele można powiedzieć i wieczory o których lepiej nie mówić. Z korca maku sączy się brud. Rozrzewnienie, rozkorzenienie i nagła separacja. Postanowienie jak wyrok jak ostateczny wniosek z nieobecności. Blada siatka chwil spoufalająca światło. W oczach tli się płomyk zemsty. Słowo, które wykwita przed snem, rano okazuje się być kolejnym kalekim rymem szumu dnia poprzedniego.

2.
Ojciec właściwie odchodził już nie raz, ale zawsze wracał, bo o czymś zapominał (pewnie tego dokąd idzie i po co..). Tak naprawdę jednak to idziemy razem z nim i na niego. Razem z całym budynkiem i ogrodem, staramy się dotrzeć, przełamać ciemność, a i tak zawsze wracamy do tego martwego punktu, przepastnej parabazy. Wtedy zjeżdżamy w dół wdzięcznie jak pijawki ze skóry skrofulityka. Odprowadzamy się milczeniem i gadamy do pustych ścian, które jednak boimy się dotknąć – są zimne.
Bo za ścianą jest nasze serce, które śni, które lśni plątaniną mosiężnych rurek. Bo przecież zawsze jest gorzej, a my lękamy się, że tak może być zawsze. Jest ten strych, duszność jego elektryzuje małe tłuste pająki i jest piwnica chłodna i ciemna, gdzie szklisty pot przykleja się do ramion. Póki jest cisza potrafimy radzić sobie i rodzić sobie myśli w bólu bezkształtnym. Bezsilnie i bezgłośnie śpiewamy kolejne antyfony nowenny nieprzystosowania, wszystko, by nie budzić podejrzeń, nie brudzić rąk, nie odkrywać kart. W naszej ciszy są jednak okresy przemilczeń i zaniemówień, tak, że ścierne języki więdną w naszych kaktusowych gardłach. Ostrze przybliża się na samą myśl o powrocie jesieni koprografów. Stoimy w bezruchu – to ściany drżą, nie my. To strych zbliża się piskiem styropianu, aż skwierczy skwarek w przełyku. To żołądek wtula się w nas, więc prędko wywołujemy wymioty. Duchy jak automaty na kawę, krwawy lej w samym centrum brzucha. Gdy strych opada, a podłoga piwnicy wypiętrza się ponad taflę wody, ściany zwężają się wokół obtartej kryształowej krtani, wokół urwanych strun, które i tak koncertowały tylko na nerwach; gdzie publicznością są i były nasze kopie ciał i twarzy. Na mdłych licach skrzy się pieczęć – wielki ołtarz przeżartej pamięci, albo żarząca się fałda veragutha. Dzieci brudu, brudne dzieci, gołe golenie i blade wargi zwycięstwa.


3.
Rozdzieliliśmy się, bo łatwiej jest wtedy szukać to, czego nigdy się nie miało, a za co trzeba dziękować rano i wieczór. Codziennie jest tak jak nigdy być nie mogło, jak gdyby nigdy nic nie było, ale nie reklamujemy tego. Bo jeszcze ktoś przyjdzie i dopiero będzie. Bo jeszcze coś się zdarzy i zacznie się być. To mogło być przeoczenie i na to obstawiamy. Dłubiemy w nosie i wycieramy o obicie fotela. W lustrzanym odbiciu przeszklonych okien nie widzimy siebie nawzajem tylko kolejne odrośla przeszczepionego głodu wgryzione w kawałki ciał, ciał oblepionych błotem i przemianą materii. Nie jemy nic, nie wypada, ale za to smarujemy powieki wegetą, wokół ust starannie malujemy wąsy z czekolady, wkrapiamy w oczy kwasek cytrynowy rozcieńczony sokiem z buraków, uśmiechamy się zawzięcie, by to jakoś wyglądało...

=========================================================================================

Pod wieczór wszyscy wychodzimy przed budynek, stajemy w skupieniu i oglądamy spadającą gwiazdę. Nie wypowiadamy żadnych życzeń, tylko trwamy i sycimy się... Mimo że wszystko wskazuje na to, że jest i było inaczej, nie dopuszczamy do siebie tej myśli. Wraz z nadejściem nocy, na naszą dzielnicę opada głucha zasłona lęku. Nie wypowiadamy żadnych słów – stoimy i gapimy się tępo. Do naszych uszu nagle dociera świst ciężkiego oddechu ojca śpiącego w pokoju na górze. Pozbyci wszystkich światów i świadków, jeszcze chwilę trwamy w bezruchu – potem powoli powracamy..

opór pór roku, w półmroku mór



Przecież nie mamy czasu… przecież... i tak, by to wszystko nadrobić, no wiesz, to życie, by się w nim zrozumieć i wspólnie odnaleźć, należałoby.. należałoby je całe przegadać..., jeśli tylko… jeśli tylko jest na to szansa, powinniśmy.... rzucić to wszystko, te wszystkie zawirowania wielkomiejskie i małomiasteczkowe przymglenia, żeby tylko.... żeby co? Odpaść? Odlecieć jak pożółkły liść? Nawet katu się tego nie robi.

Raz w życiu, tylko raz... spotkać się i być sobą. Usiąść i nie potrzebować niczego innego i nikogo innego, niż siebie – tak jak jesteśmy i jak stoimy i robimy różne proste czynności, ale zupełnie wystarczające i sycące, ale nie w tym rzecz, otóż.... zrozumieć się, tylko tyle, tylko... chyba że, to bzdura, zmyślenie, ja i ty podtrzymywane przez życie, sterowane mikroprocesorem i algorytmem... upoetyczniony żart.

Co zrobić z tymi postaciami na ulicach, by tak mocno nie czuć ich nieobecności? Nasze witryny, stworzone przez automatyczne skrypty i schematy robione w edytorze, nie są połączone żadnymi linkami, fruwają sobie gdzieś w hiperprzestrzenni i pewnego razu, albo ja, albo ty upadniesz i nikt nie będzie o tym wiedział, nawet my, zwłaszcza my… że nasze szanse były od początku zaprzepaszczone, że żyliśmy nie wiedząc nawet o własnym nieistnieniu.

Niedługo sobie pójdziemy, niedługo podejmie ktoś tą decyzję, ktoś w końcu będzie do tego zdolny. Ktoś obudzi się następnego dnia i nic nie będzie pamiętał. Która to była knajpa i kto pierwszy wyszedł. Ktoś obudzi się pewnego dnia i nawet nie będzie mu się chciało niczego rekonstruować, czy też zmyślać – nawet na własną korzyść. I tylko jego wzrok będzie zdradzał wszystko. Nawet jeśli będzie to najbardziej pusty i nieodgadniony wzrok na świecie. Wszyscy będą wiedzieć, że jest już za późno. Wszystkie karty będą leżeć spokojnie na stosie martwych ciał. Nogi nasze znudzone trzepotać będą sobie bezpańsko na wietrze. Nikt tego nie zobaczy, bo może wszyscy już będą śnić w najlepsze. Od pyłu może i mgły, od całego pokładu nawarstwionego kurzu, w zastałym rytmie błony śluzowej, nie będzie słychać już nic w rozwidleniu za gardłem. Ani jednego dźwięku. Zupełnie nic.

Ten wdzięczny i porypany syf, który ktoś trzeźwo myślący nazwał światem

Po to jest ta mgła wokół oczodołów, ale także ponad całym polem świadomości
i po to każda myśl jest tak ostentacyjnie rwana na strzępy i przesycana drżeniem, a każde spostrzeżenie jest niedostrzeżone i zastrzeżone tylko dla osób pokątnych. Po to każdy sen jest jawą i po to każda jawa startuje w wyborach na miss sennych majaków, bezproblemowo je wygrywa i traci na znaczeniu, by zaraz niepostrzeżenie zniknąć. Tymczasem wstajesz z łóżka i wszystko się rozmywa we wzbierającej fali bezgranicznej mdłości. Ślęcząc nad muszlą klozetową, robiąc przy okazji drobne rachunki oraz plany w myślach i tracąc resztki na wpół strawionego pokarmu, błagasz na kolanach, cokolwiek tam jest na górze, o zupełną trzeźwość, czystość; białość albo bladość. Zupełnie niepotrzebnie, jak się okazuje – to wszystko takie właśnie ma być, po to takie jest, by tak łatwo można było uciec od siebie, zgubić swój ślad, wyrzygać całego siebie, przywrócić siebie światu

Wędrówki w czasie i poniewczasie


Z okna mojego domu nic nie widać. Z mojego okna na świat, jak spojrzę w dół na chodnik, to nic nie widać. Czasem ślęczę uczciwie przy oknie, w osłupieniu podziwiam to zjawisko. Nic nie widać! Tylko chodnik i chodnik - dekoracja. Nagie puste kamienie, nagie a puste… Ale jak się głęboko spojrzeć w kafle chodnika (który dla mrówek jest wielkim wyżynnym imperium), one zaczynają znikać i jest absolutna przezroczysta szarość. Pusta szarość, ale jeśli tylko spojrzeć głębiej, nie ma tam nic - jest tylko czarna dziura chłepcąca zawzięcie materię. Czarna dziura, ale ona w ogóle nie jest czarna - w ogóle nie ma kolorów, w ogóle nic nie ma. Tam nic nie ma! Wtedy właśnie przecieram oczy - patrzę na niebo, drzewa, ludzie, chodniki - i nic nie widzę - to się po prostu nie wydarza. Nie istnieje odpowiedź na nie zadane pytanie..

Z okna mojego domu widać tylko powietrze. Powietrze to zawieszone jest w próżni, w pustce. Mój dom jest pusty, ale to dom zawieszony w próżni! I rano budząc się w pustce uczepionej próżni pustego domu zawieszonego w próżni, jestem również tak próżny, że udaję, że nic nie widzę. Bo rzeczywiście nic nie widzę. Wstaję z łóżka i nie widzę siebie ścielącego puste nagie łóżko i wkładającego nagą pustą odzież na ciało przepełnione pustką w próżni. Nie widzę siebie opuszczającego pusty do granic dom. To jest dom, budynek - pustka umorusana cementem i cegłą. To jest przestrzeń zabudowana, a próg tej pustki jest skrajem przepaści, która niczym się nie kończy.

Wychodząc na dwór wchodzę tylko do kolejnego pomieszczenia ograniczonego przez stulejkę wzroku. To kolejne pomieszczenie zawieszone w próżni. Tutaj jestem kimś innym, ponieważ każde z pomieszczeń rządzi się swoimi prawdami, które należy przestrzegać, by nie wypłynąć do góry brzuchem na powierzchnie próżni. Idąc po mieście tych ulic, co krok mijam chodnikowe królestwa. Co krok jestem gdzie indziej, w innym kraju. I każdy krok jest czymś innym, ponieważ jak i każdy kraj widoku rządzi się bowiem własnymi prawdami. I co krok potykam się oczami o kolejny kraju obraz, o kolejny skraj obraz. Nie widzę nic z bełkotu przestrzeni, nic nie wychwytuję, nic dla siebie – wszystko jest na zewnątrz i nie da się z tego nic zachować. I jestem pusty i chodniki zawieszone w próżni zza których oglądam przepastne powietrze. I czasami wychylam się poza ich krawędź i patrzę w dół, a tam nic nie ma – wzrok tonie w szczegółach. Naukowcy odkryli, że te szczegóły rosną wraz ze zmniejszaniem się odległości i jak popatrzysz przez mikroskop, to urastają do niebotycznych rozmiarów i są tak wielkie jak cokolwiek. Jak cokolwiek, bo żaden szczegół nigdy się nie kończy. Widok jest miarą skupienia ruchu.

Iść znaczy przemieszczać siebie jak kość łokciowa w trakcie łamania - ruchy sztywno wylewają się w przestrzeń i nijak to powstrzymać. Ale zawieszeni w próżnej materii małe próżniaki nie widzą siebie chodzących i widzących siebie w trwaniu i utrwalaniu chodzenia.

Bo nie chodzi się a trwa, trwanie nic nie trwa. Wytrwanie w trwaniu, o to chodzi, by przetrwać w utrwalaniu..

nie dziela

Najgorsze rzeczy dzieją się z nami w niedzielne słoneczne poranki. Jest bo taki czas, gdy świat ukazuje się naszym oczom taki, jaki w rzeczywistości jest: niepojęty. Niedzielne poranki i te stracone ulice, po których kręcą się niedzielni kierowcy. Niedzielne poranki i życie wlokące się daleko za nami, podczas gdy my przechodzimy park wzdłuż i wszerz. Po co to robimy? Mamy taki czas? Nie wierzę. To jest coś głębszego, to coś co siedzi nam na głowie. Nasze sprawy kurczą się wtedy i schodzą na nasze barki. Mówią nam: skręć w tę aleję (którą?), zrób taką minę (jaką?), powiedz to (co?). My tu słuchamy, głowimy się, ale: o co chodzi? To ten dzień? Niedziela? Nie wierzę. A jednak, a jednak jest niedziela i nasze pytania są tak głośne, że wypełniają cały świat, nawet jeśli są tak diabelsko ciche, jak powolne pierdnięcie na urodzinach naszych matek.

Przecież jest niedziela i nic się nie dzieje. Dlaczego nie interweniuje policja? Co takiego jest w tym pozornie niepozornym widoku, że nokautuje ich wszystkich. Nic się nie dzieje. Są ptaki i aniołowie puszczają dymek. Są ptaki i kłębiaste nikotynowe obłoki przelatują nad miastem. Czasem przystają i się na nas gapią. Zwalają się na nas jak zwały tłuszczu. Zawieszają się jak zdezelowany system operacyjny. Spoko, nic się nie dzieje (niech to trwa, niech to trwa?).

Ławki przysiadają się do nas, pytają o posiedzenia rad nadzorczych, udzielają nam rad dotyczących odsiadek i strajkujących położnych (może by je zwolnić). Ale ławki. Ale ławki nudzą nas, więc idziemy na lody, wszystko nas nudzi, więc idziemy na lody. Dzieci krzyczą, włosy się sypią siwizną, a my wzruszamy nasze ramiona do łez. Dzieci krzyczą, dzieci drą się. Chmury również. Ich strzępy otulają nas milczeniem. To zaiste jest Boży dzień, wtedy Bóg objawia nam swoja teologię negatywną, Bóg tak już ma. W końcu jest niedziela i nigdy nie było tak mało akcji, tak mało opcji. Wszystkiego jest tu tak mało, że prawie nie ma „nie ma”. Jak tak może być? No weź to i wytrzymaj. Nie zdzierżyć.

W końcu jest niedziela i kolejna msza święta pożera poprzednią. Zresztą wszystko jest dzisiaj święte. Zwłaszcza spokój. Tylko ten głód, ten głód nie chce zblaknąć. Myśli się o tym, by o tym nie myśleć. Nic nie chce zblaknąć. Głód wypełnia ten świat, Niedziela, słusznie prawią prawicowcy, jest pierwszym dniem tygodnia. Po takim dniu, chce się tworzyć świat, nawet 6 miliardów takich, nie ma z tym problemu. Problem w tym, że dzisiaj wszystkie czyny są nieczynne. Wszystko odwołane, nie ma się na co powołać. Przepraszam, czy jedzie z nami świat?

mistrz gry

Rola mistrza gry zasadza się nie tyle na opracowywaniu nieskończonej ilości planów, ile na wiecznej nieustającej anamnezie początku. Początku, w którym żyjemy w najlepsze. Ta pośredniość jaką odczuwa mistrz gry, to życie które jawi się dobrze tylko na papierze. Bo mistrz gry jest papieżem papierzysk. Gdy patrzy na świat i widzi tylko grę świateł, grę sygnalizacji świetlnej, grę refleksów ludzi, którzy wychodzą na ulicę i igrają z ogniem w nich zawartym. Sam zobacz jak wieczorem przemykamy się ulicami i gramy w dwa ognie, dwa statki spotykające się na oceanie odczucia. To jest nasz świat, który całymi dniami myślą zapładniamy. Potem dnieje, ale nic się nie dzieje. Nic oprócz mgławicy Andromedy wracającej do swego kresu. Za 6 miliardów tu będzie i powie naszym dzieciom: to już koniec. Ale jeszcze nie teraz, więc nie ma się co stresować giełdą. Jest weekend, albo będzie i to jest to, co każdy mistrz gry powinien mieć na uwadze. Mistrz gry nie ma nic poza uwagą. Jest ona nim samym. Nim całym.

Nie zbaczać. To nie jest motto mistrza gry. Tym się trudnimy głównie, że odwodzimy od scalonych obwodów ludzkich i tworzymy własne. To już nie ważne, gdzie jesteśmy. Ważne, że to my idziemy, i to my żyjemy. Nieważne jak już. Niech amerykańscy naukowcy mówią, co chcą. My wiemy swoje. My mamy swoje życia i nie zawahamy się ich zużyć. W każdym z nas bowiem żyje coś na kształt lasu. Skupiska istot zupełnie nie podobnych do nas, które rosną w nas i czekają na to by zostać wykorzystane. Wierz mi, że nie są do niczego innego, są dla nas. Czasem mijają w milczeniu całe pokolenia, a one bezsilnie czekają na swój udział w przedstawieniu.

Wiedzieć, co się stało, oto główna zasada mistrza. Ale nigdy nie robi on tego, co robią inni ludzie w takich sytuacjach, w życiowych sytuacjach czyli. Nigdy nie wywołuje on działania i nigdy nie zastanawia się on, co zrobi za chwilę. Bo ludzie mają trik, taki tik nerwowy, że cały czas sprawdzają, pytają się swego ciała: na co masz ochotę, jak będziesz miało, uprzedź mnie, proszę. Strach przed niekontrolowanymi odruchami jest u nich podstawą człowieczeństwa, tak myślą. Są też tacy, którzy wolą nie pytać, mało tego, którzy nie potrafią pytać. Może nie chcą? Ci, którzy nie tyle uwierzyli w grę, ile nic nie znają poza nią. Może i tam praktykują wiarę w Chrystusa, ale nie na zasadzie, którą on nam objawił. Jezus była najznamienitszym mistrzem gry, jest wzorem, a my możemy się tylko na nim wzorować. Nie mamy wyboru.

Życie to droga. Życie to spektakl i my również jesteśmy… aresztowani. W końcu mamy swoje cele. Ale nie ma co o nich mówić, lepiej od razu się zamknąć. W końcu wszyscy się znajdziemy na najdłuższym seansie tego wieczora: Seans spirytystyczny.

mięsne kartki

Widzieliśmy się dziś rano, a potem już tylko długie godziny naszej nieobecności. Dalej nic. Można wpatrywać się w to jak w słońce i nadal nic nie widzieć. Zbyt tuzinkowo. Sterylnie. W małej wiosce naszych katastrof tożsamościowych, gdzie kolejna budka z piwem rozpada się ku ogólnej fali zwątpienia. A my w dół między rabaty i chrust zbierać się staramy na niedzielny obiad, a może na obiatę dla anorektycznych bóstw. Nie ma nic spoza naszej gminy, nie docierają do nas ani słuchy, ani nawet jakieś dalekie echa zwidów, które miewaliśmy w czasie pokwitania. Jaki twój wyraz twarzy każdy widzi, nikt nie stara się go choćby przeczytać. Ogólna obojętność wydłuża tylko niepotrzebnie nasze życia i tak zaśmiecone już urlopami zachowawczymi, okresowymi roztopami, gdy topnieją w nas wszelakie chęci do narzekania. Nie mamy się dobrze w swej dobroci dla tego wszystkiego, rzec można by, że mamy się przy tym zbyt słabo w swych słabościach. Polaryzacja jest zbyt silna. Ten łańcuch ciągnie się kilometrami i nie wiadomo czy w ogóle się gdzieś zaczyna… i czy kończy. Gdzie jest przód? Padamy ze zmęczenia na kolana i nie mamy już siły się modlić, tak mdli od rozpustnej pustki w naszych odwłokach, w naszych obwodach wypełnionych jedynie krystalicznie czystą wodą i, zapewne, powietrzem.