Faust podpisujący własną krwią wniosek o urlop.
Mamy piękny letni dzień 12 lipca 2012. Światełko w tunelu aerodynamicznym napierdala po oczach. Powiedz, że to nie sen, ale tak abym miał jakąkolwiek szansę w to uwierzyć.
Raport z oblężonych twierdzeń
ba Bilon czyli syzyfowa płaca
Ps 22:16-19
Ps 39:14
Chciałbym być tak ograniczony, by nie dostrzegać swych ograniczeń. Chciałbym nie myśleć bezustannie o swojej bezmyślności.
Sylabizuję litania niestworzonych histerii do równie niestworzonych bóstw, i proszę siebie:
nie dochodź już do siebie – to daleko dalej jak do mnie.
dopisek na marginesie Dnia świstaka
Nie ruszaj się. Nie rozpraszaj energii. Albo włącz telewizor – mały akt dobrej woli (mały krok człowieka duży krok ludzkości).
2
Rzeczywistość jest smutna, a my potrzebujemy rozrywki. Życie jest ciężkie, a my potrzebujemy rozrywki. Rzeczywistość jest straszna, a my potrzebujemy rozrywki. Życie jest szare, a my potrzebujemy rozrywki.
3
...i tak nasze miasta nadal są nadal puste. By odnaleźć jakieś życie, trzeba zatrzymywać pojazdy i szukać z alkomatem pijanych kierowców, gazem łzawiącym wodzić za nos i prowokować srające psy po trawnikach, rozdawać za bezcen słońce dzieciom, na własną rękę biegać ze strzykawką po dworcu, śmierdzieć sikami w zatłoczonym autobusie i ustępować nastolatkom miejsca, modlić się w świątyni z walkmanem na uszach...
4
Zdefiniuj mnie Boże w krystalicznie czystych aksjomatach, wymyj mnie do czysta, i włącz, i ustaw mnie, tak jak ustawia się pralkę, jak samochód-cysternę – na coś więcej niż tylko jałowy bieg. Nie wybieg a rozbieg, zeskok, nie odskocznię mi stwórz, na tej ziemi pod tym niebem z obwisłymi wymionami nimbostratusów.
5
Nie ma czasu na czas:
Jesteśmy wiecznie opóźnieni. Ludzki mózg pracuje w częstotliwości ok. 50Hz, dokładnie taką samą, jaką ma u nas prąd w swoich przytulnych gniazdkach elektrycznych. Oznacza to, że każdy bodziec, każda nowa myśl formułuje się w interwałach 0,02 sekundy. Nie można więc powiedzieć, aby nasza świadomość była czymś ciągłym. Nasza świadomość jest pulsem, przebiegiem piłokształtnym, oscylacją, nieustanną odpowiedzią na warunki zewnętrzne. Nieustanną pracą, wysiłkiem, by nadążyć za sobą. Opóźnieni o okamgnienie, 0,02 sekundy, jesteśmy zawsze 2 kroki w tyle, widzimy tylko własne plecy. Plecy, które były tu przed chwilą, a których już nie ma i każdym spojrzeniem, musimy sobie wszystko przypominać powtórnie. Upewniać się, sprawdzać. Mnemotechnika, oto zapomniana sztuka, niejednemu ona życie uratowała, a na pewno wszystkim – zapewniła.
Sprzedaż detaliczna
Wiedziałaś, że już wszystko stracone całe wieki temu, jakby nagle wieko od trumny zatrzasnęło się głuchym i przeciągłym jękiem nad trzeźwiejącym listonoszem. To było wtedy, gdy wszystko stanęło ci na głowie po ślamazarnej wspinaczce. Pomyśleć, że drgnienie powieki wcześniej, śmiałaś się z tej nieudolności, w każdym momencie czułaś, że jednym splunięciem zrzucisz to z siebie jak zbłąkanego liścia z kapelusza. Myliłaś się, po prostu wzięli cię na przetrzymanie. Dałaś się pogrzebać w sierści zwierząt domowych, dałaś się wciągnąć jak kurz w rurę odkurzacza.
Nie pozwalają mi mówić. Zakazali używać tych słów, tych słów nawet już nie ma. Może nigdy ich nie było? Nie umiem ich wypowiedzieć, ani pomyśleć. Błąkam się. Nie możesz tak być, ja nie chcę być tutaj, mam tu zupełną przepaść, mam tu zupełną obcość, niczyją. Niczego z tego nie rozumiem, umiem tylko to powtórzyć, tak jak się powtarza klasę, to tylko się dzieje, i jest to daleko, dalej, niż potrafię zrozumieć i jak mówię, to tak jakbym spadał do ciebie. A nie chcę nigdzie spadać. Boję się.
Wiedziałaś, że już wszystko stracone całe wieki temu. Miałaś się z tym uporać, a tylko się parasz. Twoje czyszczenie brudzi. Twoje słowa są głuche. Dawno zapomniałaś, gdzie chciałaś iść. Ale teraz wiesz już, że to wszystko jedno. Jesteś jedną z nas. Wszyscy w końcu będą.
Każdy nawet najdrobniejszy ruch czy gest skierowany w przestrzeń międzyludzkich splątań nie jest ani dla mnie ani dla ciebie; choć chcielibyśmy. Choć chcielibyśmy chcieć prze- i wistaczać się w siebie, pod warunkiem zachowanych naturalnych wybiegów rzeczy i o nich naturalnych odruchów pamięci długotrwałej, choć zupełnie tymczasowej.
Nie jestem w stanie o sobie myśleć (bez przerwy, bez przygotowania, bezpiecznie) – a co dopiero o innych.. tak trudno wytrwać w tym trwaniu, tak trudno tego przetrwania nie roztrwonić na trwogę i manieryczny chichot.

W tych ciurkiem cieknących czasach, przelotnie jeszcze bywam w swoich myślach, lecz już tylko po to, by skraść z nich wszystko, co jeszcze tam pozostało, wszystko, co pozwoliłoby przeżyć kolejny dzień z minimalnymi obrażeniami na zatroskaną opinię publiczną, niczym zamtuz, gdy wszystkie wieści gminne zapamiętale puszczają się w niepamięć. Ten czas, gdy wszystko się rozbija na bezwarunkowo proste czynności – jak namiot strajkujących na kolejnej zapijaczonej arterii tego miasta (niedługo po tym ewakuuje się stąd cała tutejsza ludność).
Pamiętam, że będę tu jeszcze trochę, zawsze w złej porze, miejscu i pogodzie. Zbyt często wieją tu wiatry o ludzkich obliczach i obliczeniach, wszędzie to jest, nawet nie ma jak się ruszyć: to wszędzie może być już zajęte. Ten lęk jest ze mną od zawsze, może mną jest? Tak daleko jednak pamięć nie sięga, a znikąd nie można się tego dowiedzieć, ani obliczyć na liczbach naturalnych, choćby tych mocno nieparzystych.
Oczodoły mają własną grawitację. Wokół wzroku, na samym jego skraju, cały czas piętrzy się każdego kraju obraz, obraz odraz, który dużo mówi o sobie, o czasie i miejscu z którego przybył, lecz nigdy o nas. Powstają z tego liniowe charakterystyki widma i linie losu ludzkiego, ludzkie sprawy, ludzkie przeżycia prowadzące do śmiertelnych nadużyć. Ile nie wkładać sił, nigdy z tego nie wyciągniesz wniosków, no poza błędnymi – przeważnie to jednak wystarcza, tylko nie dziś, oby jutro.
Czy każde pytanie wyklucza poprawną odpowiedź? Po co pytać, jeśli się tego nie wie?
(Są pytania po których nie ma już żadnych odpowiedzi i są odpowiedzi po których nie ma już pytań – ani jedne ani drugie nie występują w przyrodzie, naturalnie.)
A teraz byt się państwu przedstawi
Spośród wszystkich znajomych mi form stawania stawianie się jest najbardziej żałosne. Osaczony przez słowa mogę tylko mówić o tym, myśleć o tym i tym samym jeszcze bardziej pogarszać swoje położenie. Sytuacja w jakiej mnie postawiono. Świat, jaki mi przekazano. Ten świat dawno już zniknął, wiesz co, rozpuścił się jak metal w rdzy, jak mgła w mgławicy, jak wesz w Warszawie.
Kiedy prawdziwe poznanie jest raczej przesądem, sąd zaś przynależy już do sfery sensu, określać coś, znaczy tym czymś zawładnąć. Tak właśnie rozpuściłaś świat cały jak włosy. Bawić się czymś w najlepsze, tym przyjemniej, że długo tu nie zabawisz, prawda? Odnosząc się potem do tego, człowiek, który sam nie jest, zastaje siebie w czymś zupełnie obcym, w obcych słowach, literaturze, sztuce, wszędzie, tylko nie tam, gdzie mógłby zostać na dłużej. Dali ci to słowo, te przykazania, tak jak daje się w pysk gderliwym obwiesiom i szybko się ucieka zanim tamci się pozbierają.
Bo przedwczoraj był jeszcze taki świat, w którym spotykało się ludzi i próbowało się tych ludzi jakoś uczepić, schwytać w pułapkę spojrzeń, w osuszone bagno drobnych przyjemności i zobowiązań. Dzisiaj ci ludzie są już tylko duchami. Odpływają sobie daleko ze swoimi rozsądnymi pomysłami, złapali bowiem wodę w usta a wiatr w żagle i tak sobie trwają za horyzontem zdarzeń, wypoczywają.
Można codziennie zmieniać wszystko w swoim życiu, bo i tak zawsze zaczyna się od nowa. Cała masa użytecznych eksperymentów na otwartym powietrzu i sercu są równie pomocne jak samopomoc. Otwierasz drzwi. Zamykasz. Siłą rzeczy przechodzisz obok tego wszystkiego. Niewiele to zmienia w życiu, z tą małą różnicą, że nie ma czegoś takiego jak „moje życie”, i okazuje się w dodatku, że nigdy było.
Bycie w sytuacji, to bycie niesionym przez tą sytuację, nieustanna próba zapchania, dopełnienia własną symulowaną świadomością tej niepokojącej wyrwy w tym zbiorniku inercji, w jakim się pluskamy. Ów bezwład uwidacznia tylko matowe, pustynne pejzaże świata zapomnianej nomadyczności. Osaczeni przez język postępujemy wciąż tą samą drogą biegnącą posłusznie we wszystkich kierunkach świata, albo świtu. No to weź i idź i powiedz sobie, że to zbyt wiele jak na jeden wieczór i dodaj tych kilka słów zwracających godność: „byt nie jest, on się stawia”.
hipoksyfilia
Czytelnictwo i myślenie to hobby numer jeden w tym stanie. W tym stanie można łazić po ulicach i przeliczać kroki na minuty czy na kilometry. Konkretne zajęcie od po, do przed. Coś, co utwierdza nas w sobie, co osłania od przesłania braku posłania. Milczenie rozkruszone na opiłki żelaza między szprychami koła fortuny zgrzyta aż ciarki po plecach idą. Święta powszednieją, dni powszechne uświęcają się. Nie ma w tym żadnej głębi, nic bardziej trywialnego od przeziębienia pęcherza.
W tym stanie umysł jest tu szczęśliwy, tylko on. Myślenie; bieganie po kanałach, kanalizowanie biegu wydarzeń. Życzeniowa ewolucja na kolejnym ślepym zaułku. Rozwiązywanie języka jak krzyżówki Jolki z Ariadą, Jedne słowa odcinają dopływ powietrza, inne – drogę ucieczki.
hobby ‹ang.› książk. „szczególne zamiłowanie do czegoś, ulubione zajęcie, któremu się poświęca wolny czas; konik, pasja”.
Już jest spoko. Oddychamy.
Różowe gówno (Z antologii mety fizycznej)
1
A jednak w to nie wierzę.
Chyba mam już dość tego całego teatrzyku. Te wszystkie ciągnące się za nami bezsensowne rozmowy, które nawet nie chcą przed nami udawać, że są cokolwiek istotne, że cokolwiek zmieniają naocznie na naszych twarzach. Te wszystkie przygłupie powiedzonka z jakiejś tandetnej telenoweli (jakby była jeszcze jakaś nietandetna), tematy wlokące się jak smród padliny za nami, od których nie sposób uciec, jak we śnie, gdy ktoś nas goni, gdzie wszystko jest w zwolnionym tempie. Najlepiej byłoby się zatrzymać. No niech już to pożre nas, to życie, albo co to jest.
Tak, tak, mamy piękne marzenia, ale to nie są nasze marzenia. To jak gra komputerowa ściągnięta z neta wraz crackiem i cudzym serialem. Tak, tak, wyrwiemy się stąd i będziemy mieć dzieciaki równie brzydkie i głupie, a może i jeszcze bardziej. Tak, tak, jak popracujemy nad tym, też będą się puszczać na lewo i prawo, też będą mieć wyrok w zawiasach. Tak, tak, jasne, że ukończą gimnazjum. Zdolne dzieciaki.
2
Byłem dziś z tobą dopóki nie zbrzydłaś, choć właściwie nie wiem na czym to w ogóle polega, ale boli. Boli jak cokolwiek – cokolwiek jak łazimy między słowami i wyrasta nam nasza wyłamana składnia, nasza zasmarkana miłość. Mała dróżka między naszymi krokami, a w nich czyste życie – jak morderstwo, że już nie ważne czyje jest to ciało, ale ile w nim zostało krwi. Jest nadal majowa jesień. Dni leją się strugą z ciemnych kącików ust. Śmiejemy się, że wszystko dookoła jest tylko kwestią czasu. Śmiejemy się, że to niby nie o nas. Ale śmiać to my się możemy, bo i tak jest dziwnie, czujesz to, zbyt tymczasowo, a jednocześnie zamierzchle czy prehistorycznie.
Bo to już było, mimo że wtedy miałem przynajmniej stabilną większość w twoich oczach, albo w twoich gaciach. I choć cieszysz się zawzięcie „z naszej bajki”, nawet siebie już nie potrafisz oszukać. Tak jak i ja, tak i ty dawno jesteśmy inni. Pewnie z powodu całej tej ufajdanej nieuwagi, tylko nie wiem, o co. Tak samo i cała reszta. Bo nie tylko my się stoczyliśmy z siebie, ale wszyscy ludzie, cały świat wywrócił się na drugą stronę i coś mamrocze o rachunkach krzywd i kontach oszczędnościowych. Ludzie łażący gdzieś po ulicach. Coś tam jeszcze przeżywają, coś przeżuwają, ale to koniec. Dziś już dzisiaj nie będzie. Może będzie jutro, a może jutro chuj nas to będzie obchodziło – i właśnie może o to im chodzi. Czekać tylko spikerki, jak z uśmiechem wycedzi przez zmurszałe, pokryte białą emalią zęby: „ze względów ekonomicznych Dzisiaj odwołane”. Pewnie czekają jeszcze cierpliwie na wyczerpanie asortymentu, aż pójdę spać. A potem dalej se pójdą.
Wiem, że słońce zawsze już będzie takie jak nie trzeba, że nigdy nie będzie nadawało się nawet na męczeństwo klasy C. Jedyne na co pozwala, to na prezentację mody ulicznej, robienie z siebie chuj wie czego, we wszystkich możliwie niesprzyjających okazjach. Tłumaczę sobie, że i tak trzeba to robić, żyć, przechodzić od dnia do dna świata z podświetlaną tarczą. Podobno to dziecinnie proste: kilka przyzwoitych gestów, zapamiętanych pokątnie słów, a potem się odpada. A jednak, skazany na epicentrum dobrze widzę, że to nie świat puszcza mi oczko, ale że jest zupełnie odwrotnie. Stoję więc jak idiota przed twoją klatką i martwię się, że przyjdziesz, podczas gdy nawet po Ciebie nie zadzwoniłem. Przede mną ciągle ta sama ponura szczelina w prującej się materii przez którą nic nie przeziera prócz świata. W tle tylko bawiące się automatycznie dzieci i parkujące auta. Czy to coś zmieni, jak się dziś nie zobaczymy? Czy ktoś to zanotuje? Przecież i tak wszystko jest prze-czuwaniem spotkań: najpierw się jest, potem też, na końcu to samo. Czy pamięć ostatniego spotkania nie podtrzyma naszych rozmydlonych istnień?
Położenie bowiem nie jest ani oczywiste, ani odpowiednie. Można łazić godzinami po tych ulicach, bo ja wiem, ile, ale i tak zawsze się będzie tym samym martwym punktem wyjścia: skądinąd donikąd. Wpatrywać się pusto w fakturę chodnika wynajdywać tam jakieś krótkowzroczne półsensy, unikać nadeptywania na wszelkie załamania i pęknięcia, iść co drugą płytę, co trzecią, nie spadać z krawężników, lub skręcać tylko pod kątem prostym, no kurwa, co jeszcze... Ta czcza bieganina zakrawająca na rozpaczliwą bigamię zasad i reguł, nie jest dobrą materią, nie jest żadną materią na jakąkolwiek „prawdę”. Ale jak tylko na jeden jedyny dzień sprawa idzie gładko: nadrukiem na zewnątrz, pomrukiem do środka. A potem co? Z powrotem na powietrze? Aż pod noc, po sam jej kres? Nawet jeśli księżyc także nie jest do niczego pomocny, by coś z nim zrobić? Nie ma co kusić się na te noce spadziste, na te pochyłe równania z "n" powiadomieniami z domów domniemań i oniemień. Łatwo powiedzieć, że wystarczy popatrzyć lasce głęboko w oczy, chwycić powietrze i niechcąco wypluć "czyżby?", a reszta zrobi się sama, jak, o ile, jest to możliwe. Przecież myśleć znaczy wytykać coś, tak jak zegar nas wytyka swymi kościstymi palcami, tak i my powinniśmy my to robić. Przerzucać odpowiedzialność na innych, by to oni nam odpowiadali, nie my im. Opóźniać demaskację, która przecież jeszcze bardziej zdemaskuje drugą stronę, jako naiwna ofiarę. Zresztą potem to i tak nie będzie miało większego znaczenia – kogo to będzie obchodziło? Dojrzeje się, odpadnie. To proste
.
3
Czasem próbuję jednak coś zrobić. Może można byłoby to odkręcić, wrócić, do tamtych początkowych chwil, gdy wszystko było przed nami. Powtarzam sobie, że samymi oczami jesteś piękna, że tylko są te oczy, czyste spojrzenie i tyle. Nic z tego, twoja twarz to niezatarte piętno, zawsze to dochodzi do mózgu. A tam jesteś już dawno skończona. Wszyscy jesteśmy. Więc nawet nie wiem, jak mam udawać, że cię kocham i za co. Choć wierzę w miłość jak w dogmat, jak w respekt wśród kumpli, że to jest coś, co pozwala żyć, coś, co trzeba robić, jak mycie zębów i narządów rodnych. Ale wszyscy wiedzą, że to koniec wszystkiego i że to zaczęło się ode mnie. Cały świat wymiera przeze mnie i nawet kumple skazują mnie zaocznie na niczym nieokreśloną banicję. Nawet oni. Co dopiero całe miasto? Nic tu po tobie, mówią, nic przed tobą.
Prazasada: lampy uliczne wyszywane tanim świecącym brokatem tłumią kolejne powstania. Szyk zwyczajny zszyty w zeszyty. Afekt modulowany – efekt gwarantowany; kontrola parzystości kroków, pobieżna akomodacja żywiołów, rozmieść ikony: autorozmieszczanie.
* * *
opór pór roku, w półmroku mór
Raz w życiu, tylko raz... spotkać się i być sobą. Usiąść i nie potrzebować niczego innego i nikogo innego, niż siebie – tak jak jesteśmy i jak stoimy i robimy różne proste czynności, ale zupełnie wystarczające i sycące, ale nie w tym rzecz, otóż.... zrozumieć się, tylko tyle, tylko... chyba że, to bzdura, zmyślenie, ja i ty podtrzymywane przez życie, sterowane mikroprocesorem i algorytmem... upoetyczniony żart.
Ten wdzięczny i porypany syf, który ktoś trzeźwo myślący nazwał światem
Po to jest ta mgła wokół oczodołów, ale także ponad całym polem świadomości
i po to każda myśl jest tak ostentacyjnie rwana na strzępy i przesycana drżeniem, a każde spostrzeżenie jest niedostrzeżone i zastrzeżone tylko dla osób pokątnych. Po to każdy sen jest jawą i po to każda jawa startuje w wyborach na miss sennych majaków, bezproblemowo je wygrywa i traci na znaczeniu, by zaraz niepostrzeżenie zniknąć. Tymczasem wstajesz z łóżka i wszystko się rozmywa we wzbierającej fali bezgranicznej mdłości. Ślęcząc nad muszlą klozetową, robiąc przy okazji drobne rachunki oraz plany w myślach i tracąc resztki na wpół strawionego pokarmu, błagasz na kolanach, cokolwiek tam jest na górze, o zupełną trzeźwość, czystość; białość albo bladość. Zupełnie niepotrzebnie, jak się okazuje – to wszystko takie właśnie ma być, po to takie jest, by tak łatwo można było uciec od siebie, zgubić swój ślad, wyrzygać całego siebie, przywrócić siebie światu
Wędrówki w czasie i poniewczasie
Z okna mojego domu nic nie widać. Z mojego okna na świat, jak spojrzę w dół na chodnik, to nic nie widać. Czasem ślęczę uczciwie przy oknie, w osłupieniu podziwiam to zjawisko. Nic nie widać! Tylko chodnik i chodnik - dekoracja. Nagie puste kamienie, nagie a puste… Ale jak się głęboko spojrzeć w kafle chodnika (który dla mrówek jest wielkim wyżynnym imperium), one zaczynają znikać i jest absolutna przezroczysta szarość. Pusta szarość, ale jeśli tylko spojrzeć głębiej, nie ma tam nic - jest tylko czarna dziura chłepcąca zawzięcie materię. Czarna dziura, ale ona w ogóle nie jest czarna - w ogóle nie ma kolorów, w ogóle nic nie ma. Tam nic nie ma! Wtedy właśnie przecieram oczy - patrzę na niebo, drzewa, ludzie, chodniki - i nic nie widzę - to się po prostu nie wydarza. Nie istnieje odpowiedź na nie zadane pytanie..
Z okna mojego domu widać tylko powietrze. Powietrze to zawieszone jest w próżni, w pustce. Mój dom jest pusty, ale to dom zawieszony w próżni! I rano budząc się w pustce uczepionej próżni pustego domu zawieszonego w próżni, jestem również tak próżny, że udaję, że nic nie widzę. Bo rzeczywiście nic nie widzę. Wstaję z łóżka i nie widzę siebie ścielącego puste nagie łóżko i wkładającego nagą pustą odzież na ciało przepełnione pustką w próżni. Nie widzę siebie opuszczającego pusty do granic dom. To jest dom, budynek - pustka umorusana cementem i cegłą. To jest przestrzeń zabudowana, a próg tej pustki jest skrajem przepaści, która niczym się nie kończy.
Wychodząc na dwór wchodzę tylko do kolejnego pomieszczenia ograniczonego przez stulejkę wzroku. To kolejne pomieszczenie zawieszone w próżni. Tutaj jestem kimś innym, ponieważ każde z pomieszczeń rządzi się swoimi prawdami, które należy przestrzegać, by nie wypłynąć do góry brzuchem na powierzchnie próżni. Idąc po mieście tych ulic, co krok mijam chodnikowe królestwa. Co krok jestem gdzie indziej, w innym kraju. I każdy krok jest czymś innym, ponieważ jak i każdy kraj widoku rządzi się bowiem własnymi prawdami. I co krok potykam się oczami o kolejny kraju obraz, o kolejny skraj obraz. Nie widzę nic z bełkotu przestrzeni, nic nie wychwytuję, nic dla siebie – wszystko jest na zewnątrz i nie da się z tego nic zachować. I jestem pusty i chodniki zawieszone w próżni zza których oglądam przepastne powietrze. I czasami wychylam się poza ich krawędź i patrzę w dół, a tam nic nie ma – wzrok tonie w szczegółach. Naukowcy odkryli, że te szczegóły rosną wraz ze zmniejszaniem się odległości i jak popatrzysz przez mikroskop, to urastają do niebotycznych rozmiarów i są tak wielkie jak cokolwiek. Jak cokolwiek, bo żaden szczegół nigdy się nie kończy. Widok jest miarą skupienia ruchu.
Iść znaczy przemieszczać siebie jak kość łokciowa w trakcie łamania - ruchy sztywno wylewają się w przestrzeń i nijak to powstrzymać. Ale zawieszeni w próżnej materii małe próżniaki nie widzą siebie chodzących i widzących siebie w trwaniu i utrwalaniu chodzenia.
Bo nie chodzi się a trwa, trwanie nic nie trwa. Wytrwanie w trwaniu, o to chodzi, by przetrwać w utrwalaniu..
nie dziela
Najgorsze rzeczy dzieją się z nami w niedzielne słoneczne poranki. Jest bo taki czas, gdy świat ukazuje się naszym oczom taki, jaki w rzeczywistości jest: niepojęty. Niedzielne poranki i te stracone ulice, po których kręcą się niedzielni kierowcy. Niedzielne poranki i życie wlokące się daleko za nami, podczas gdy my przechodzimy park wzdłuż i wszerz. Po co to robimy? Mamy taki czas? Nie wierzę. To jest coś głębszego, to coś co siedzi nam na głowie. Nasze sprawy kurczą się wtedy i schodzą na nasze barki. Mówią nam: skręć w tę aleję (którą?), zrób taką minę (jaką?), powiedz to (co?). My tu słuchamy, głowimy się, ale: o co chodzi? To ten dzień? Niedziela? Nie wierzę. A jednak, a jednak jest niedziela i nasze pytania są tak głośne, że wypełniają cały świat, nawet jeśli są tak diabelsko ciche, jak powolne pierdnięcie na urodzinach naszych matek.
Przecież jest niedziela i nic się nie dzieje. Dlaczego nie interweniuje policja? Co takiego jest w tym pozornie niepozornym widoku, że nokautuje ich wszystkich. Nic się nie dzieje. Są ptaki i aniołowie puszczają dymek. Są ptaki i kłębiaste nikotynowe obłoki przelatują nad miastem. Czasem przystają i się na nas gapią. Zwalają się na nas jak zwały tłuszczu. Zawieszają się jak zdezelowany system operacyjny. Spoko, nic się nie dzieje (niech to trwa, niech to trwa?).
Ławki przysiadają się do nas, pytają o posiedzenia rad nadzorczych, udzielają nam rad dotyczących odsiadek i strajkujących położnych (może by je zwolnić). Ale ławki. Ale ławki nudzą nas, więc idziemy na lody, wszystko nas nudzi, więc idziemy na lody. Dzieci krzyczą, włosy się sypią siwizną, a my wzruszamy nasze ramiona do łez. Dzieci krzyczą, dzieci drą się. Chmury również. Ich strzępy otulają nas milczeniem. To zaiste jest Boży dzień, wtedy Bóg objawia nam swoja teologię negatywną, Bóg tak już ma. W końcu jest niedziela i nigdy nie było tak mało akcji, tak mało opcji. Wszystkiego jest tu tak mało, że prawie nie ma „nie ma”. Jak tak może być? No weź to i wytrzymaj. Nie zdzierżyć.
W końcu jest niedziela i kolejna msza święta pożera poprzednią. Zresztą wszystko jest dzisiaj święte. Zwłaszcza spokój. Tylko ten głód, ten głód nie chce zblaknąć. Myśli się o tym, by o tym nie myśleć. Nic nie chce zblaknąć. Głód wypełnia ten świat, Niedziela, słusznie prawią prawicowcy, jest pierwszym dniem tygodnia. Po takim dniu, chce się tworzyć świat, nawet 6 miliardów takich, nie ma z tym problemu. Problem w tym, że dzisiaj wszystkie czyny są nieczynne. Wszystko odwołane, nie ma się na co powołać. Przepraszam, czy jedzie z nami świat?
mistrz gry
Rola mistrza gry zasadza się nie tyle na opracowywaniu nieskończonej ilości planów, ile na wiecznej nieustającej anamnezie początku. Początku, w którym żyjemy w najlepsze. Ta pośredniość jaką odczuwa mistrz gry, to życie które jawi się dobrze tylko na papierze. Bo mistrz gry jest papieżem papierzysk. Gdy patrzy na świat i widzi tylko grę świateł, grę sygnalizacji świetlnej, grę refleksów ludzi, którzy wychodzą na ulicę i igrają z ogniem w nich zawartym. Sam zobacz jak wieczorem przemykamy się ulicami i gramy w dwa ognie, dwa statki spotykające się na oceanie odczucia. To jest nasz świat, który całymi dniami myślą zapładniamy. Potem dnieje, ale nic się nie dzieje. Nic oprócz mgławicy Andromedy wracającej do swego kresu. Za 6 miliardów tu będzie i powie naszym dzieciom: to już koniec. Ale jeszcze nie teraz, więc nie ma się co stresować giełdą. Jest weekend, albo będzie i to jest to, co każdy mistrz gry powinien mieć na uwadze. Mistrz gry nie ma nic poza uwagą. Jest ona nim samym. Nim całym.
Nie zbaczać. To nie jest motto mistrza gry. Tym się trudnimy głównie, że odwodzimy od scalonych obwodów ludzkich i tworzymy własne. To już nie ważne, gdzie jesteśmy. Ważne, że to my idziemy, i to my żyjemy. Nieważne jak już. Niech amerykańscy naukowcy mówią, co chcą. My wiemy swoje. My mamy swoje życia i nie zawahamy się ich zużyć. W każdym z nas bowiem żyje coś na kształt lasu. Skupiska istot zupełnie nie podobnych do nas, które rosną w nas i czekają na to by zostać wykorzystane. Wierz mi, że nie są do niczego innego, są dla nas. Czasem mijają w milczeniu całe pokolenia, a one bezsilnie czekają na swój udział w przedstawieniu.
Wiedzieć, co się stało, oto główna zasada mistrza. Ale nigdy nie robi on tego, co robią inni ludzie w takich sytuacjach, w życiowych sytuacjach czyli. Nigdy nie wywołuje on działania i nigdy nie zastanawia się on, co zrobi za chwilę. Bo ludzie mają trik, taki tik nerwowy, że cały czas sprawdzają, pytają się swego ciała: na co masz ochotę, jak będziesz miało, uprzedź mnie, proszę. Strach przed niekontrolowanymi odruchami jest u nich podstawą człowieczeństwa, tak myślą. Są też tacy, którzy wolą nie pytać, mało tego, którzy nie potrafią pytać. Może nie chcą? Ci, którzy nie tyle uwierzyli w grę, ile nic nie znają poza nią. Może i tam praktykują wiarę w Chrystusa, ale nie na zasadzie, którą on nam objawił. Jezus była najznamienitszym mistrzem gry, jest wzorem, a my możemy się tylko na nim wzorować. Nie mamy wyboru.
Życie to droga. Życie to spektakl i my również jesteśmy… aresztowani. W końcu mamy swoje cele. Ale nie ma co o nich mówić, lepiej od razu się zamknąć. W końcu wszyscy się znajdziemy na najdłuższym seansie tego wieczora: Seans spirytystyczny.
mięsne kartki
Widzieliśmy się dziś rano, a potem już tylko długie godziny naszej nieobecności. Dalej nic. Można wpatrywać się w to jak w słońce i nadal nic nie widzieć. Zbyt tuzinkowo. Sterylnie. W małej wiosce naszych katastrof tożsamościowych, gdzie kolejna budka z piwem rozpada się ku ogólnej fali zwątpienia. A my w dół między rabaty i chrust zbierać się staramy na niedzielny obiad, a może na obiatę dla anorektycznych bóstw. Nie ma nic spoza naszej gminy, nie docierają do nas ani słuchy, ani nawet jakieś dalekie echa zwidów, które miewaliśmy w czasie pokwitania. Jaki twój wyraz twarzy każdy widzi, nikt nie stara się go choćby przeczytać. Ogólna obojętność wydłuża tylko niepotrzebnie nasze życia i tak zaśmiecone już urlopami zachowawczymi, okresowymi roztopami, gdy topnieją w nas wszelakie chęci do narzekania. Nie mamy się dobrze w swej dobroci dla tego wszystkiego, rzec można by, że mamy się przy tym zbyt słabo w swych słabościach. Polaryzacja jest zbyt silna. Ten łańcuch ciągnie się kilometrami i nie wiadomo czy w ogóle się gdzieś zaczyna… i czy kończy. Gdzie jest przód? Padamy ze zmęczenia na kolana i nie mamy już siły się modlić, tak mdli od rozpustnej pustki w naszych odwłokach, w naszych obwodach wypełnionych jedynie krystalicznie czystą wodą i, zapewne, powietrzem.
