Chciałbym być tak ograniczony, by nie dostrzegać swych ograniczeń. Chciałbym nie myśleć bezustannie o swojej bezmyślności.

W tych czasach przejętych, gdy mróz czyści kamienne ulice z tłustego zawilgocenia, nikt i nic – mityczna para kochanków – stołuje się w pobliskich barach dając sowite napiwki rozklekotanym kelnerkom. Jest przeciętna zima i w neuroparlamencie zwykłych spraw, co rusz kolejne resorty zapadają w dogmatyczną drzemkę na ciemniejące miesiące. Sezon skończył się. Na rynku miasta pozostaje tylko tlące się nieme ognisko i okoliczni skundleni mieszańcy podchodzą nieśmiało, nagabują w związku z rachunkami za świat i opierunek. Czasem lufcik w niebie uchyla się, wychodzi słońce i wszyscy namawiają mnie do przeprowadzki w nowe lepsze wymiary. Przychodzą różne twarze, opowiadają o podmorskich wyprawach. Zbliża się spokojny wieczór. Muzyka spoconych dusz i karnawałowa feeria barw tuż za pasem, a ja znów chowam się z kagankiem w piwnicy, choć doskonale wiem, że pulsowanie bigbitów i tam dojdzie, wraz ze śmiechem ciał… i historii śmiechem.

Sylabizuję litania niestworzonych histerii do równie niestworzonych bóstw, i proszę siebie:
nie dochodź już do siebie – to daleko dalej jak do mnie.