Z okna mojego domu nic nie widać. Z mojego okna na świat, jak spojrzę w dół na chodnik, to nic nie widać. Czasem ślęczę uczciwie przy oknie, w osłupieniu podziwiam to zjawisko. Nic nie widać! Tylko chodnik i chodnik - dekoracja. Nagie puste kamienie, nagie a puste… Ale jak się głęboko spojrzeć w kafle chodnika (który dla mrówek jest wielkim wyżynnym imperium), one zaczynają znikać i jest absolutna przezroczysta szarość. Pusta szarość, ale jeśli tylko spojrzeć głębiej, nie ma tam nic - jest tylko czarna dziura chłepcąca zawzięcie materię. Czarna dziura, ale ona w ogóle nie jest czarna - w ogóle nie ma kolorów, w ogóle nic nie ma. Tam nic nie ma! Wtedy właśnie przecieram oczy - patrzę na niebo, drzewa, ludzie, chodniki - i nic nie widzę - to się po prostu nie wydarza. Nie istnieje odpowiedź na nie zadane pytanie..
Z okna mojego domu widać tylko powietrze. Powietrze to zawieszone jest w próżni, w pustce. Mój dom jest pusty, ale to dom zawieszony w próżni! I rano budząc się w pustce uczepionej próżni pustego domu zawieszonego w próżni, jestem również tak próżny, że udaję, że nic nie widzę. Bo rzeczywiście nic nie widzę. Wstaję z łóżka i nie widzę siebie ścielącego puste nagie łóżko i wkładającego nagą pustą odzież na ciało przepełnione pustką w próżni. Nie widzę siebie opuszczającego pusty do granic dom. To jest dom, budynek - pustka umorusana cementem i cegłą. To jest przestrzeń zabudowana, a próg tej pustki jest skrajem przepaści, która niczym się nie kończy.
Wychodząc na dwór wchodzę tylko do kolejnego pomieszczenia ograniczonego przez stulejkę wzroku. To kolejne pomieszczenie zawieszone w próżni. Tutaj jestem kimś innym, ponieważ każde z pomieszczeń rządzi się swoimi prawdami, które należy przestrzegać, by nie wypłynąć do góry brzuchem na powierzchnie próżni. Idąc po mieście tych ulic, co krok mijam chodnikowe królestwa. Co krok jestem gdzie indziej, w innym kraju. I każdy krok jest czymś innym, ponieważ jak i każdy kraj widoku rządzi się bowiem własnymi prawdami. I co krok potykam się oczami o kolejny kraju obraz, o kolejny skraj obraz. Nie widzę nic z bełkotu przestrzeni, nic nie wychwytuję, nic dla siebie – wszystko jest na zewnątrz i nie da się z tego nic zachować. I jestem pusty i chodniki zawieszone w próżni zza których oglądam przepastne powietrze. I czasami wychylam się poza ich krawędź i patrzę w dół, a tam nic nie ma – wzrok tonie w szczegółach. Naukowcy odkryli, że te szczegóły rosną wraz ze zmniejszaniem się odległości i jak popatrzysz przez mikroskop, to urastają do niebotycznych rozmiarów i są tak wielkie jak cokolwiek. Jak cokolwiek, bo żaden szczegół nigdy się nie kończy. Widok jest miarą skupienia ruchu.
Iść znaczy przemieszczać siebie jak kość łokciowa w trakcie łamania - ruchy sztywno wylewają się w przestrzeń i nijak to powstrzymać. Ale zawieszeni w próżnej materii małe próżniaki nie widzą siebie chodzących i widzących siebie w trwaniu i utrwalaniu chodzenia.
Bo nie chodzi się a trwa, trwanie nic nie trwa. Wytrwanie w trwaniu, o to chodzi, by przetrwać w utrwalaniu..