konfituror


Jestem niewolnikiem, bo nie znam swojego początku. Oni byli tu zawsze, na pewno wcześniej przede mną. Wlewali we mnie dokrztuśnie ten świat: literami litr po litrze. Oni wiedzieli, co robić, a ja… jestem świadomością mej niewiedzy, a raczej jej niespójności.

Jestem sobą, bo jestem - zostaję przywołany: znikąd do nieporządku.  
- jako korpus sił 
- jako korpus dyplomatyczny
- jako korpus tekstów, myśli do układania, zbierania
Jestem. Wiem tylko tyle, że ten odwłok musi tu być – a póki jest – ja tu jestem.

Jestem zakładnikiem. Oto mój zakład pracy nieuchronnej. To kłębowisko kończyn. To zarządy narządów. To neuroparlament zwykłych, byle jakich spraw, których jestem namiestnikiem i poddanym zarazem. 

Jestem grabażem. Grzebię w materii i w sobie grzebię. Nie mogę nadążyć. Mam tylko trzy dni w nocy i w piekle, by na wiarygodny pochówek zasłużyć. Kremując kolejne minuty, dni, godziny… co za różnica, gdy ciągle przysypany ziemią, tą ziemią i szpadlami zębów odgarniam, by zobaczyć świat albo światło. Lecz to na nic i tonę na nic: ziemia pokrywa ziemię, ziemia pokrywa ciemię. Wszystko to wyjść z tego spokoju (odrętwienie lub przeczucie zmierzchu) na dwór, na powietrze. Jednak z żadnej ze stron nie dotykam ściany: wszystko jest wewnątrz 

Jestem myślnikiem. Cała ta wiedza, te słowa, co wchodzą czkawką i wychodzą rzucone na wiatr – nie zmieniają nic. Poza kolejnymi powikłaniami, cegiełkami co zabudowują przestrzeń, odgradzając mnie od niej. Wyrazy pisane. Wyrazy mówione. Ja pisane. Ja mówione. 

Moje życie to 72 kilogramy, a mój bóg to grawitacja: każdy krok to hołd i modlitwa. Moje życie to pięć litrów krwi jak asfaltu. To kilometry wewnątrzcielesnych autostrad po których się poruszam i tkwię w zatorach. Moje życie to tysiące jam i zakamarków. Tam, gdzie straszą nikczemne bakterie i neuroprzekaźniki. Moje życie to ciemne uliczki i zakręty, tam to podstępne hormony nawołują do rewolucji na wiosnę (mafia testosteronu opanowała wszystkie przecznice). Moje życie to miliardy komórek, w których nie można się skryć ni z nich zadzwonić do domu 

 Jestem gastronomem. Czym skorupka nasiąka w dzień, w nocy tym nie pęknie. Jak każda rzecz sama w sobie: życie samym sobą, sam dla siebie. Ta twarz, która twarzą człowieka jest tylko. Ten człowiek który jest ledwo moją twarzą… z którą nie wyjdę 

Jestem grafomanem i przypowieścią. Bez początku i końca. Bez autora i tytułu. Co prawa ręka w dzień wypisze, lewa nocą wymazuje. Nie mogę się z siebie rozczytać, z tego pisma, z tego charakteru. Cudzy język mówi nieznanym językiem. 

Moja wiedza to kilkanaście książek. To z czym się stykam i tylko to mnie obowiązuje. Jak równie dobrze kamień: żółciowy, lub milowy. Jak cała planeta. Jak ja, lub cała grupa lokalna jest w końcu tylko atomem brudu za paznokciem boga. 


taka jest moja kocia wiara